Ehhhh, jak zwykle na ostatni moment @#%$^&!!

V Leszczyński Supermaraton, 29.05.2010 *Pobieranie numerków (tym  razem wylosowałem „20”) jest o tyle fajniejsze w supermaratonach szosowych porównując do górskich MTB, że można to zrobić nawet parę minut przed startem, byleby zdążyć to wszystko zamontować. Wynika to pewnie z faktu, że zawodników wypuszcza się co minutę w 6-ścio osobowych grupach, których rozstawienie polega na „koncercie życzeń” lub innych nieokreślonych bliżej zasadach.

W drodze z biura do samochodu spotykam Mariusza. On to jest zawsze przed czasem i ma spokój. Może następnym razem ta sztuka mi się uda. Pozdrowienia, powodzenia i szybko do furki.

Krótka rozgrzeweczka w miejscu, parę rozciągnięć, skrętów, wymachów.

Jest lekki stresik, dętka, pompka, batony, chałwa, próbka żelu, jeszcze tylko numer z czipem na koszulkę, komóra, licznik, kluczyk, kask, okulary, banany i na start, bo jest za 3 minuty.

Z daleka słyszę jak mnie wyczytują O-O !

Ustawiam się w mojej grupce. Co tu dużo mówić, nie wygląda imponująco, żeby nie powiedzieć „słabo”. Moja grupka jest 4-rta w kolejce. Start o 7:33. Czy to lepiej czy gorzej ?!

Trudno powiedzieć. Koleś z Rzeszowa – zwycięzca z mojej kategorii na Giga 240 km w Trzebnicy startuje o 7:51. Ciekawe czy dlatego, że wygrał, czy dlatego, że tak chciał ?

Z perspektywy wyścigu skład mojej grupy był w sumie nieistotny.

1x K4 na kolarce, 1x Niemiec – szoska, 2 dziadków i 1x M3 (konkurent, który jednak pojechał skręcił ostatecznie na Mega) na MTB/inny.

Wystartowaliśmy.

Pogoda idealna.

Jeszcze w miarę chłodno. Jak na treningu.

Tempo dynamicznego ślimaka. W sam raz na delikatną rozgrzewkę.

Jesteśmy gentelmeny więc Pani jedzie z przodu.

Daję zmianę.

Po kilku kaemach wyprzedza nas pociąg 3-dziestek, czyli szosowcy z numerami 31-36.

Kobitka (AZS Politechnika Wrocław) niewiele się namyślając łapie wagon, za nią M3 (Wisła Fordon) i skwapliwie ja. Tempo „drastycznie” wzrasta. Na szczęście nie na tyle, żebym dostał zadyszki. Kolega „Wisła Fordon” kręci głową (nota bene po co mu do górala uchwyt do czasówek i zbędne kilogramy ?!) i odpada. Jest lekko czerwony. Znaczy – się spocił ;)

Pani Joanna „ciągnie” jeszcze trochę ale też po kolejnych kilku km przestaje ciągnąć.

I to by było na tyle z grupki startowej.

Pociąg.

Koledzy szosowcy grzeją dość ostro. Siedzę na kole. Oni jadą 160-tkę, ja 230. Rozum nakazuje mi olewać zmiany i trzymać się ostatniego koła za wszelką cenę.

Taki sobie stawiam cel. Lesław z MPK Wrocław od razu zauważa obiboka i zachęca do współpracy.

Daję kilka nieśmiałych zmian. Nie wygląda to źle.

Ponieważ licznik wziął dzisiaj wolne, nie wiem, który kilometr jadę. Tylko stoper i czas. Może to i lepiej.

Peleton.

Dopiero po godzinie nadchodzi prawdziwe TSUNAMI i nas pożera. Głównie grupa INTERKOL z Ostrowa Wlkp. Tną jak dziki. Prawdziwe katy ! Jest ich co najmniej kilku, wrażenie jakby było kilkunastu.  Rozdają karty, rządzą. Na szczęście kółek w tylnej przerzutce mi wystarcza. Wodzirej z Interkolu zachęca peleton 30-40 osób do współpracy. Nawet w pewnym momencie udaje się wyjść na zmianę, co kosztuje mnie sporo energii, bo walić na góralu >40 km momentami pod wiatr ile można ? Mówię sobie – poniechaj. Pokazałeś się, widzieli, daj se luz. Walcz o przetrwanie !

Im dłużej z nimi pojedziesz tym dalej zajedziesz :-)

Zaszyłem się więc gdzieś w okolicach 20-stki, żeby ograniczyć ewentualną możliwość odcięcia od głównego źródełka MOCY.

Jest super !

Obok mnie same znakomitości: Liquigas, Cervello, Milram, Quick Step, Corratec Team :) szt. 2 (jednego kolegę to z widzenia kojarzę z Malty – robi tempówki na Krańcowej), Grzegorz Napierała z Rowerów Rybczyński (ostry, żwawy rocznik ‘52), Szerszeń z Trzebnicy. Nikogo z Astany, Sky ani RadioShack.

Grupa czasami zrywa się w szaleńczym pędzie, wtedy dochodzę do pełnego blatu na mojej zwykłej góralskiej 8-śmio rzędowej kasecie. Generalnie z blatu było non stop do samego końca. Szosowcy na zakrętach i torach zwalniają – ja z kolei nie muszę za bardzo hamować, bo mam szersze opony 1.4 cala.

W pewnym momencie nawet się przesuwam ma 7 – 5 – 1 !!! pozycję, dając „wzorcową” zmianę jak na treningu :)

Na każdym kolejnym podjeździe 4 %, 9 %, 11% czuję gdzie mam mięśnie w nogach. Nogi podają dobrze.

Nie muszę pamiętać o piciu i jedzeniu. Po prostu papuguję za tymi co przede mną. Reakcja łańcuchowa – ktoś bierze „łyczka” – biorą pozostali. Grzebanie w kieszeniach – prawie wszyscy jak na komendę jedzą batony / żele / banany lub kanapki ! Tak właśnie, widziałem Gościa z kanapką :-) chyba z Corratec Teamu (albo co najmniej stroju).

Poza tym w peletonie nie ma żadnego MTB.

To mnie cieszy, bo nikt nas nie dochodzi ani nie wyprzedza.

Znaczy – jedziemy najszybciej ;-)

Bufety.

Sprawdziłem przed wyścigiem, na którym kilometrze będą. Peleton nie zatrzymuje się na bufetach.

Jak widzisz bufet jakieś 100-200 m przed sobą staraj się podjechać jak najbliżej prawej strony. Chyba na szosie zawsze bufety są po prawej, bo większość chwyta prawą ręką to co akurat jest do chwycenia. Plan był taki, żeby spokojnie na każdym bufecie sobie stanąć i się wypasać do syta. W końcu 230 to nie są żarty. W zeszłym roku raz tylko przejechałem 2 paczki. W tym roku było kilka 100-wek ale 230 jeszcze nie.

Dlatego nie montowałem drugiego bidonu. 0,7 starczy spokojnie „do pierwszego”, tym bardziej z rańca. Starczyło. Huragan przetoczył się przez bufet. W loterii bufetowej wylosowałem buteleczkę wody, więc byłem bardzo szczęśliwy. Następny za ok 60 km, słońce będzie już wyżej …

Po bufecie peleton trochę zwalnia. Jak się liderzy ogarnęli znowu narzucili ostre tempo. Ucieczki nikt nie ryzykuje. Większość pewnie jedzie na 160, teren momentami odkryty. Całkiem nieźle dmucha. Są wachlarze, wężyki i wszystko co znam z TV – Giro Italia czy TdF.

Na szczęście nie ma żadnej kraksy. Owszem, zdarzyła mi się raz delikatna obcierka o tylne koło moim przednim, ale to właściwie wszystko. Jedna osoba łapie laczka. Odpada.

Staram się trzymać w Top 20, bo ci dalsi trochę „popuszczają” koła i ciężko się później dochodzi. Każda taka akcji to XXX kCal mniej. Trzeba jechać ekonomicznie. Tym bardziej, że jadę w czubie z autentycznymi liderami, więc choćbym się zes**ł” to i tak pozostanę statystą.

Klasyczny komensalizm. Nikomu nie wadzę, staram się tylko trzymać koło. Ostrzegam jak wszyscy przed dziurami, skrętami, samochodami, zdradliwym szutrem.

Wyścig w ruchu otwartym, trzeba więc bardzo uważać. Chwila nieuwagi może skończyć się tragicznie. Niektórzy kierowcy to rozumieją, inni nie, trąbią więc i nie spuszczają nogi z gazu.

Bufet 2-gi poprzedza „bramka” tym razem jestem zbyt z lewej i dupa blada. Nic nie chwytam, do tego jeszcze mielę chałwę w gębie więc z moich błagań o wodę wychodzi śmieszny bełkot. Trudno, trzeba jechać na minimalnym baku do 3-ciego bufetu.

W peletonie zaczynają się jakieś ruchy z przodu na rozciągnięcie stawki i podmęczenie rywali.

Na około 140 km atakuje jeden z Interkolu, 4-rech z nich jest dalej z przodu, tylko 2 „obcych”, reakcji więc nie ma. Wręcz przeciwnie, Wodzirej zachęca innych kolarzy z uśmiechem na ustach: proszę bardzo ! Możecie go gonić ;-D

Tak jakoś czuję, że jest to atak na wygraną w dystansie Mega-Szosa.

Teraz jakoś nikt się nie kwapi, hehe. Koleś ładnie odjeżdża. Jakiś młody z „Liquigas” zaczyna go gonić. Za 1-2 kilometry zaczyna się jeden z cięższych podjazdów po nowiutkim asfalcie. W sumie nie wygląda groźnie, ale …. jest już 140 km w nogach i chociaż adrenalina znieczula, to jednak się go czuje. Kolejne palenie mięśni. Ciekawe jak będzie na kolejnym kółku … będzie trzeba go obalić jeszcze raz.

Na końcówce podjazdu dołącza „Liquigas”. Poległ i odpuścił. W międzyczasie mijamy różnych ludzi z Mega (165).

Przed sporym zakrętem w prawo kątem oka dostrzegam malutkie znaki rozjazdu na słupku.

Prawie cały peleton skręca w prawo. Krzyczę, że rozjazd na 230 !! Mogło w sumie się niektórym pojebać w głowach od tego pędu.

Skręcam niepewnie w lewo i widzę upragniony BUFET. Dołącza jeszcze 3-gości.

Interkol (?), Bogusław rocznik ‘59 Cyklo-Kęty i Pan „Szerszeń” (Krzysztof Łańcucki, 1949 !!) z Wrocławia. Najpierw nerwowe picie, napełnianie bidonu, drożdżóweczki, banany … Panowie, spokojnie ! Jest nas 4-rech. Uspokaja Szerszeń.

No spokojnie się odlewamy po drugiej stronie. Spokojnie ładuję w kieszenie kilka bananów i flaszeczkę na przeżycie końcówki. Pojedynczo ruszamy by połączyć się w mini grupkę.

Dziadki” ruszają z kopyta. Mnie jakoś tak przytyka, kolegę z Interkolu też. Rezygnuje.

Doganiam Pana Bogusia” i Szerszenia”.

Dają ostro po zaworach. Pewnie byli zawodnicy. Szosowcy na szosówkach.

I ja taki, ni przypiął, ni przyłatał – MTB, właściwie to mnie tutaj nie powinno być.

Na każdej zmianie tracę bardzo dużo sił, oczywiście tempo spada.

Jak oni wychodzą – to z kolei tak podkręcają tempo, że trudno jest nadążyć. Panowie, co tak szybko ?! Powoli nie daję rady ! :)

Odpuszczam kilka zmian, bo czuję, że zaraz umrę. Zjadam co mam. Piję. Niewiele to pomaga ale trochę pomaga. Szerszeń wyraźnie się w*****a. Najpierw kręci głową kilka razy, w końcu nie wytrzymuje i: „Albo dajesz zmiany albo S*******J !”

… O_O …

Szosowcy chyba nie lubią Górali. Tym bardziej jeśli taki góral trzyma im koło.

Później nie będę cytował. Co lepsze teksty: Ty wiesz kim ja jestem ? To jest mój 50-siąty maraton !

„A mój pierwszy !” Poszło sporo mięcha z obu stron. Nie sprzyjało to oczywiście atmosferze współpracy. „Boguś” próbował łagodzić nastroje zagadując to z jednym, to z drugim. Jego podejście mnie ujęło.

Nie wiedziałem kim jest Pan Burak Szerszeń, więc mu odpaliłem: Może i jesteś Miszczem ale kultury i klasy ucz się od tego Pana → wskazując na „Bodzia”. Tym razem nic nie powiedział.

Przez kolejne kilometry Szerszeń za wszelką cenę stara się mnie wykończyć”.

Próbuję dawać jakieś tam zmiany. Po każdej umieram. Kiedy nie dociągam do koła Bogusia –  Szerszeń perfidnie zostaje za mną a później przyspiesza. Bardziej siłą woli niż mocą mięśni za każdym razem dochodzę. Wtedy Pan Szerszeń kiwa głową i szydzi, że jednak mam siłę.

Najgorszy moment przyszedł na podjeździe w lasku. Tam już rezygnuję. Nie mam siły stanąć na pedały a zrzutka na niższy bieg równa się urwaniem koła. I koło się urywa.

Bodzio i Szerszeń odchodzą na 5 m, 10 m, 15 m, 20 m. Godzę się z tym, że do mety będę kulał się samotnie. I tak powinno być nieźle.

Nie patrzę już do przodu. Zaciskam zęby i cisnę wpatrując się w przednie koło.

Chcę ZABIĆ sqrw***a ! Zanurzam się w Ciemnej Strony Mocy, uwalniam GNIEW i NIENAWIŚĆ. W końcu mój Rumak to NO SAINT, w końcu Rodman kiedyś był BAD BOY z Detroit Pistons ;-) .

Oni też słabną. Po 40-stce SIŁA spada u każdego. Dochodząc na szczyt wzniesienia mam ich znowu na kilka metrów.

Wydaję prawdziwy RYK tryumfu & wściekłości ;) )) pełną gębą, niczym masakrujące wroga KIAI !!!!

Aż się Dziadki oglądają, czy ze mną wszystko ok :)

Znowu razem, skur*****u (pomyślałem ;>).

Bodzio mówi: No weź daj jakąś zmianę (delikatnie popychając mnie do przodu) … nawet małą, ale zawsze. Ok, próbuję. Po tej akcji jedziemy już raczej w miarę zgodnie, pomijając kilka kolejnych prób zgubienia mnie przez wściekłego szerszenia. Od czasu do czasu mruczy coś jeszcze pod żądłem. Zaczyna się końcóweczka.

Wiem, że czas będzie zajebisty. Ze zmęczenia mam prawie łzy w oczach. Dochodzi nas nr 102, Robert Syc z Leszna „REAL 64-100”, podkręca tempo, zachęca do zmian.

Już niedaleko, zbliżamy się do lotniska.

Kilkaset metrów do mety Szerszeń puszcza koło, ja nie mam ani siły, ani kółeczka w kasecie, żeby „dociągnąć” i Bodzio z „Młodym” oddalają się.

Staram się nie zwalniać tempa, ale wiadomo, że to już jest koniec.

Oglądam się za siebie, Szerszeń też został. Jakoś nie mam z tego powodu satysfakcji.

No może malutką ;-)

Dwa zakręty.

META !

Pik!

Mam naprawdę dość.

Dziękuję Bodziowi i Szerszeniowi „mimo wszystko” też ściskam dłoń dziękując za jazdę.

Na meczu też jestem w stanie się „poprzepychać” czy „wymienić uwagi”, ale w szatni zawsze jest łapa i znowu możemy być kumplami ;-)

Jedynym celem jest paść na suchą trawę i oddychać.

Cel osiągam bardzo szybko :-) prawie zasypiam, czy mdleję, sam już nie wiem.

Zawieszenie broni z Szerszeniem nie trwa długo, bo nie zauważa mnie leżącego i opowiada swoim kumplom jak to jechali z „takim jednym” co nie dawał zmian .. Noszkur**a mać !

Używam sobie bez respektu oddalając się w kierunku samochodu.

Chociaż jeszcze inne MTB są na trasie, wiem, że raczej powinienem to wygrać.

Pierwszy raz w życiu !!!

Spotykam później Mariusza z Andrzejem i obgadujemy wrażenia ;-)

Dzięki Kłosiu za fotki z komóry !

INTERKOL Ostrów Wlkp. oczywiście pozamiatał wszystkich na Mega 165 zajmując 9 miejsc w pierwszej 10-tce. Szacun !

p.s. Aha, mój wynik:

dystans: 230 km

czas:      6:19:43 (szosowiec open – czas 6:06:36)

średnia: 36,34 km/h

open szosa/mtb: 10

MTB open: 1 (czas 2-giego to 6:50:46)

M3 open szosa/mtb: 3

międzyczas I: 3:22:26 (13 m-ce open)

międzyczas II: 5:10:49 (10 m-ce open)

I tak sobie myślę, zawsze jest jakaś tam szansa „dana” przez los.

W dniu imienin mojej Małżonki Magdaleny tę rowerową szansę wykorzystałem na 100%.

Obiecałem wygrać dla niej i słowa dotrzymałem ;-)

Ajem rjeli fakin hepi ;) )> !!!!!

pozdRower !


Mazovia MTB w Radomiu okiem Makolin’a

Mazovia MTB Radom 16.05.2010 Radom zapadnie mi w pamięci. Start miałem dobry (było to, co lubię – asfalt na rozpędzenie). Po zjechaniu na drogi utwardzone – przynajmniej tak wyglądały przed opadami, jazda też była dobra. Nie miałem poślizgów w błotku, które uniemożliwiałyby panowanie nad rowerem (duży plus dla opon conti explorer).

Dobrą jazdę miałem do ok. 33 km, kiedy to zerwał się łańcuch. Po dłuższej walce ze spięciem mogłem dalej jechać, niestety jazda przez jakiś czas była zachowawcza (lęk przed kolejnym zerwaniem – zwłaszcza, że spinka nie naszła cała na swoje miejsce). Co jakiś czas blokował się łańcuch, przy każdym takim zblokowaniu musiałem cofnąć obrót korbą. Najgorsze było to, że pojawiało się to przy podjeżdżaniu (lanie wody na mechanizmy, by trochę spłukać nagromadzone błoto, piach itp… nie pomagało na długo.

Wytrwałem tak do około 10 km do mety, kiedy to łańcuch dał “ciała” kolejny raz, nie udało się znaleźć spinki. Pozostało więc pędzenie z buta. Na dodatek w tamtej okolicy okularki wybrały “wolność”, o czym przekonałem się ok. 2-3 km później. Gdy dotarłem tak do odcinka asfaltowego, jakaś dobra “Dusza” w koszulce CCC wspomogła pinem. Po zakuciu, dobrej myśli (uradowany) łykałem kolejne metry do mety, aż tu trach łańcuch się najpierw zblokował – zero ruchu do przodu i tyłu. Po kolejnych próbach łańcuch rozszedł się na łączeniu pinem jak otwarcie konserwy (pewnie jako niedoświadczony źle go skułem). Na domiar złego po zdjęciu reszty łańcucha wózek przerzutki nienaturalnie odstawał (jak okazało się w serwisie, to tylko zgięty hak). Resztę drogi pokonywałem już biegnąc, idąc lub używając roweru jak hulajnogi. Powiedziałem sobie, że ukończę ten wyścig. Po 4h 49 min. i nastu sek. przekroczyłem linię mety. Wrażenie z trasy bezcenne…

Mariusz “makolin” Koliński

P.S. Rower już gotowy, zostały jeszcze przednie klocki do wymiany.


Szczęśliwy Otwock

MazoviaMTB Otwock 09.05.2010 Historia pokazuje, że wiosenne umiejscowienie maratonu w Otwocku w kalendarzu startów cyklu Mazovia to idealne rozwiązanie w kontekście piaszczystych terenów tego obszaru. Trasa okazała się dość dość szybka, choć dzięki lekkim modyfikacjom udało się ją wzbogacić w kilka podjazdów i zjazdów.

Maraton w Otwocku był szczęśliwym dla naszej drużyny – pierwsze miejsce w dystansie Mega zajął Michał Kostrzewa z czasem 1:33:55. Ja k sam powiedział po dojechaniu do mety – udało mu się rozłożyć siły w taki sposób, że miał odpowiedni zapas na sam finisz. A ten do łatwych nie należał – kolejni zawodnicy przekroczyli linię mety 1. i 2. sekundy po Michale.

Łącznie na starcie maratonu w niedzielny poranek stawiło się 9 zawodników Goggle Pro Active Eyewear (GPAE) osiągając następujące wyniki:

Panie:

Anna Kuflikowska – dystans Mega – 2:32:47 – 34. miejsce w kategorii Open

Panowie:

Karol Daniluk – 2:28:36 – dystans Mega – 594. miejsce w kategorii Open

Mariusz Koliński – 2:04:05 – dystans Mega – 310. miejsce w kategorii Open

Michał Kostrzewa – 1:33:55 – dystans Mega – 1. miejsce w kategoriii Open

Paweł Kozerski – 1:56:34 – dystans Mega – 184.  miejsce w kategorii Open

Paweł Kuflikowski – dystans Mega – 2:41:36 – 667. miejsce w kategorii Open

Grzegorz Kutyła – dystans Mega – 1:57:43 – 201. miejsce w kategorii Open

Jacek Tomczak – dystans Mega – 2:06:29 – 353. miejsce w kategorii Open

Sebastian Wasilewski – dystans Fit – 1:10:01 – 40. miejsce w kategorii Open


Goggle PAE Team na start

Już kolejny sezon na trasach maratonów MTB można spotkać zawodników drużyny Goggle Pro Active Eyewear MTB Team. W 2010 roku drużyna liczy ponad 50 osób, pośród których spotkamy tych którzy będą walczyć o jak najlepsze pozycje, ale i tych dla których starty w maratonach to dobry, i co ważne, zdrowy pomysł na spędzanie wolnego czasu.


  • …… ::::: SPONSOR ::::: ……

  • Slideshow

    Pobierz odtwarzacz Flash, aby zobaczyć ten pokaz slajdów.
  • Newsletter


  • Copyright © 1996-2010 Goggle Pro Active Eyewear MTB Team. All rights reserved.
    iDream theme by Templates Next | Powered by WordPress